Dłon i koń v2 (2016)

Umysł ludzki jest jednak niesamowity i dlatego po wielu latach mogę dokładnie opowiedzieć jak wyglądała ta chwila, gdy po raz pierwszy przeczytałem doniesienia z CERN. Wtedy nie przywiązywałem do niej żadnej wagi i zapomniałem o niej na lata, ale później wszystko wróciło niczym animacja, którą mogę dowolnie przesuwać klatkę po klatce w przód i tył i oglądać tyle razy ile dusza zapragnie.

Ciekawe jest też to, że na początku zbagatelizowalem te doniesienia mimo tego, że miałem dużą intuicję i w młodości kochałem Fizykę, do której mocno przekonywała mnie pewna pani o nazwisku Miłosz. Nazywaliśmy ją wprawdzie panią miłością, co miało być złośliwym przytykiem do jej staropanieństwa, ale Fizyki uczyła jak nikt inny i naprawdę potrafiła zaszczepić do niej swego rodzaju uwielbienie.

A co do CERNu to owszem, jacyś jajogłowi bali się tego co się stanie jak się uruchomi coś tam z czymś tam i coś inne się dokona, ale ja byłem wtedy młody i zajmowałem się ważniejszymi sprawami, a dokładniej mówiąc myślałem tylko którego Samsunga kupić albo uderzałem bez sensu do każdej możliwej laski w okolicy.

Teraz poświęcam czas na swój rozwój i leję szczególnie na te ostatnie sprawy, wiem, że panie z przodu i z tyłu mają w sumie to samo, ich potrzeby i gusta są jednak różnorodne i nie każdej należy czy warto się narzucać, a do tego trzeba znać swoją wartość i nigdy, ale to przenigdy nie można być pieskiem wyłącznie na czyjeś łaskawe skinienie.

Wtedy nie było to takie jasne, a ja traciłem czas na czasochłonne odchaczanie wszystkich punktów tego samego rytuału godowego, który był najczęściej z góry skazany na niepowodzenie. Młody byłem i wciąż i wciąż ponawiałem swoje żałosne próby, problem w tym, że popełniałem jeden błąd i podbijałem z mądrymi słówkami często po wielokroć do tych samych młodych i pustych lasek, których wymagania były mocno powierzchowne i które oczekiwały tylko Apple, dobrej fury i tego typu zabawek. Wystarczyłoby tylko trochę zmienić strategię i zainwestować w gadżety i byłoby git, tyle, że ja młody, zadufany w sobie byczek nie dopuszczałem do siebie myśli, że dla tych różowych pasków nie liczyło się moje wnętrze, a ja byłem po prostu zwykłym ciamajdą.

Dziś jest to dla mnie proste jak budowa cepa, ale wtedy właśnie przez to nie miałem za bardzo czasu myśleć o tym jak mu tam CERNie, choć to właśnie odkrycie w nieznanej mi wtedy Szwajcarii wpłynęło na mnie najbardziej. Nie tylko na mnie zresztą, dzięki niemu udało się rozgryźć EmDrive, wielu stworzyło różne wynalazki, a na koniec... nadszedł koniec świata.

Ale nie taki, że wszyscy giną, nie, sami sobie stworzyliśmy sobie piekło, w którym teraz żyjemy. Nazywam się Marcin i jestem w środku tego piekła, ciekawe tylko czy w ogóle będzie to kogoś kiedyś obchodzić i czy ktoś kiedyś przeczyta to co piszę, zrozumie co przeżyłem i co przeżywam.

Tak w ogóle myślałem, że nie dożyję końca świata, tylu go wieściło, tyle dat podawano, że w końcu wszyscy zaczęli to traktować jako wymysł szaleńców. Najczęściej mówiono o wojnie atomowej, tej w sumie nie było, nie było też mutantów, przynajmniej nie oficjalnie, nie odwiedzili nas obcy, chyba, a wielkie korporacje nie zatruły wszystkiego i wszystkich, nie było też wielu innych rzeczy, ale żeby ktoś przewidział to co się stało, ten scenariusz rodem ze sci-fi, no tego to nie było.

Może dlatego, że do znudzenia wielu powtarzało proroctwa o meteorytach, antychryście, Nowym Porządku, Iluminatach i ludzie chyba się w końcu uodpornili? A może to przez wydarzenia z ostatnich dziesięcioleci?

Teraz sram nawet na to, leżę i śmieję się, obok mnie leży jakaś przypadkowa dziewczyna, a ja oglądam swoją rękę. Dziwne i śmieszne, że przypomniała mi się pewna chwila z dzieciństwa:

- Co widzisz?

- Dłoń

Jak byłem mały i użyłem dokładnie tego wyrazu, to ludzie wokół się zdziwili. Że znam takie piękne słowo i dla mnie to takie naturalne, że nie próbuję być na siłę dorosły i nie mówię czegoś brzydkiego. Ale ja naprawdę widziałem wtedy dłoń, nie rękę, nie łapę, nie grabę, nie kikut, ale właśnie dłoń. Boży cud natury, wspaniałe połączenie mięśni, naczyń, ścięgien, palców, paznokci i Bóg wie czego jeszcze. Cud, dzięki któremu mogliśmy jeść, pisać czy dotykać, a dziś dodałbym jeszcze, że kochać... z kimś lub samemu.

Tak w ogóle to numer od zawsze był ze mnie:

- Marcinek, nie wchodź do miski

Chlap, chlap, chlap i Marcinek stoi radośnie w misce z wodą, którą bardzo dokładnie rozchlapuje po całym pokoju.

Albo Marcinek rozkręca bratu śrubki w zabawce lokomotywie i ta rozpada się dziwnym trafem przy jego kolegach.

Czy wreszcie nie chce iść do kina jak brat jest z koleżanką, a rodzice domyślnie wyszli. Ale na tym jego bezczelność się nie kończy, bo twardo negocjuje warunki swojego wyjścia widząc, że bratu na czymś chyba bardzo zależy.

Nic jednak nie przebiło numeru z biletem...

- Marcinek, zaczekaj przed blokiem z biletem, to pojedziemy do wujka

A Marcinek, żeby pomóc mamusi, pojechał sobie sam na drugi koniec osiedla, nawet bilet udało mu sie wtedy skasować, bo poprosił o to kogoś wyższego.

Tak, byłem numerem i już w wieku trzech i pół roku potrafiłem sam podróżować przyprawiając rodziców o dużo siwych włosów, w akcji z biletem szukało mnie zresztą chyba ze trzydzieści osób.

Nie wiedziałem wtedy, że to owoc zakazany smakuje najlepiej i że jest taka zasada, że jak się mówi komuś żeby czegoś nie robić, to właśnie wtedy przychodzi na to największa chęć. Nie wiedziałem, ale czułem to jak każde inteligentne dziecko.

Inna sprawa, że byłem numerem, ale równocześnie byłem taki naiwny i delikatny i jak czytałem o Jarocinie, że ktoś śpiewa „Mój koń, mój koń nie mieści się w dłoń” to zastanawialem się jak kobyła, klacz czy nawet najmniejsza chabeta mogłaby mieścić się w dłoni. No cóż, nie miałem wtedy swojego obecnego doświadczenia i tyle.

Ale teraz to jest nieważne. Liczy się to, że dłoń ma dużo palców, nie jestem ich w stanie tylko policzyć. Śmieszne. Obracam ją i przybliżam i śmieję się jak głupi do sera. Jest mi tak lekko, cały świat wiruje, a ja mam ochotę na zabawę.

- Więcej, jeszcze więcej tego szajsu, ja chcę więcej - może nawet nie widzę tej dłoni i nią nie ruszam, ale wrażenie jest zajebiste.

Ten wynalazek nie jest w sumie taki głupi i nieważne jest to co na zewnątrz, nieważna jest Aneta, nieważna jest Kasiula i inne panienki, nieważne są dzieci.

Jest super! W końcu! Po tylu latach!

Widzę wszystkie kolory tęczy i nieograniczoną czerń, wszystkie dźwięki i ciszę, jest zimno i gorąco, czuję gryzienie, drapanie, swędzenie, mam ochotę żygać i pali mnie jak od chińskiego żarcia, mam wzwód i orgazm, bierze mnie bez śladu przyszłego wytrysku i czuję spokój, kurwa, to jest lepsze niż najlepszy kwas...

Każda komórka mojego ciała cieszy się i protestuje, czuję się tak silny jak kiedyś, młody jak za młodu, jestem prawie równy Bogu, co za odlot!

Mam tylko nadzieję, że nie bluźnię, a poza tym nie liczy się to co było, nie liczy się to co jest i będzie, osiągnąłem już wszystko i mogłoby to trwać i trwać, to jest tak wspaniałe, pełnia absolutu, która przeszywa mnie od stóp do koniuszków palców o ile mi ich nikt w międzyczasie nie zabrał...

I pomyśleć, że miesiące wcześniej moje życie było tak inne i uporządkowane...

Albo pracowałem całymi dniami dla kogoś albo gapiłem się jak głupi w komputer albo wreszcie włóczyłem się bez celu na jakimś wyjeździe służbowym.

Ile przyjemności mnie chyba ominęło...

Całe życie goniłem króliczka, myślałem o idealnej kobiecie i stąd tak wielu nie miałem, a moi koledzy tak.

A do tego szukałem cholernego twórczego spełnienia, uczucia, ciągłej nieograniczonej rozkoszy, i jak ją osiągałem i mój umysł był płodny niczym najlepsza polska jabłonka, to traciłem ją przez jakiś głupi błąd, przez moje dążenie do doskonałości i szukanie kolejnego celu, przez moje eksperymentowanie i ciągoty do życia na krawędzi, przez romantyczny optymizm i szybkie myślenie, za którym wielu nie nadążało i przez to tak chętnie kopało pode mną dołki.

Teraz mam to w nosie i wiem w końcu co te babochy w tym widziały, a to co jest nieuchronne, to czego jeszcze wczoraj tak bałem, teraz obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg.

Zaczynam się śmiać, a właściwie zaczynam próbować się śmiać i w sumie nie wiem czy mam dziękować Anecie czy ukarać za to co zrobiła kilka dni wcześniej... Mógłbym ją teraz nazywać suką za to doświadczenie, ale w tym dobrym pieszczotliwym i pełnym podziwu znaczeniu... Szczęście w nieszczęściu że ją spotkałem w swoim życiu... Wiedziała co robi... A właściwie nie wiedziała że chcąc nie chcąc zrobiła mi przysługę i teraz będzie mi łatwiej przeżyć to co czeka nas wszystkich...

Add new comment

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.
  • Lines and paragraphs break automatically.
CAPTCHA
This question is for testing whether or not you are a human visitor and to prevent automated spam submissions.
Image CAPTCHA
Enter the characters shown in the image.