To są podróże... (2015)

Siedzę i patrzę na słoiczek, który znalazł się tu nie wiadomo skąd. Obudził we mnie mgliste wspomnienia i wydobył to co było uśpione tak wiele lat.

Przypomina mi się teraz stara kanapa, lampka z żarówką co tak mocno męczyła mój wzrok i telewizor, na którym widać klasyka:

„Kosmos. Ostateczna granica...”

To były piątki, po szkole otwierałem magiczną pachnącą szufladę, gdzie znajdowało się wiele podobnych słoiczków o różnych smakach, wybierałem jeden na chybił trafił, później szedłem do kuchni, gdzie niby ukradkiem wyciągałem lodowatą metalową łyżeczkę, a następnie udawałem się do pokoju, gdzie miałem całą godzinę tylko dla siebie wylegując się na tandetnej wersalce.

To mnie chyba stworzyło takiego jakim teraz jestem czyli ciepłego i serdecznego wewnątrz, który często ma w myślach nowe światy, który chce próbować różnych drobnych i dużych rzeczy, ktory wciąż i wciąż jest nienasycony tym co jest nam dane we wspanialym swiecie.

To były piękne czasy, nie musiałem się przejmować rachunkami, niedobrymi ludźmi i tysiącem innych rzeczy. Nie spotkałem wtedy na szczęście nikogo kto by mnie chciał tylko wykorzystać i wypaczać znaczenie słów Bóg, honor, Ojczyzna, miłość, dobro i zło, a do tego nie byłem zmęczony szkołą, która uczyła i promowała wiedzę, te prawdy absolutne, które przekazywano nam bez cienia subiektywizmu. Mieliśmy wspaniałą wychowawczynię, która walczyła o nas jak lew, mieliśmy też doskonałych nauczycieli, którzy naprawdę nieśli kaganek oświaty i nigdy nie robili problemów, jak sprawialiśmy psikusy, potrafili wytłumaczyć z wielką cierpliwością gdzie popełniamy błędy i jak je poprawić, żaden nie narzekał, że mało pieniędzy, że biurokracja, że są zmęczeni, to było coś wspaniałego, jak zarażali nas czymś więcej niż pogoń za kasą.

Ten świat oferował nie tylko komercję, dawał coś nieuchwytnego, bliskiego i dalekiego, dawał uczucia i ciepło, to bylo jak Boze Narodzenie co kilka dni, a ja do dziś najlepiej wspominam zwłaszcza zimowe wieczory. Bo miałem wtedy swój słoiczek, na szklanym ekranie kolejny wspaniały świat, a za oknem często płatki śniegu szczególnie piękne dlatego, bo mój blok stał wśród zieleni na której biały dywan odznaczał się szczególnym pięknem.

I samochody były wtedy jakieś inne za oknem, bo dopieszczane przez właścicieli, każdy taki niepowtarzalny, nie to co ta masówka, która niby spełnia normy, ale w której nie można nawet ruszyć przewodu, bo wszystko wymaga komputera.

To wszystko miało swój urok: Ktoś upadł na lodowisku? Nie ma problemu. Ktoś się oparzył? Następnym razem będzie uważał. Ktoś dostał klapsa? Widocznie zasłużył. Kogoś złapano? Był za mało sprytny, jego strata.

Wszystko się dało tam załatwić, do pierwszej szkoły spóźniłem się tylko o tydzień i jakos nikt nie robił problemu, w drugiej na początku nawyzywalem nauczycielkę i też się nic nie stało.

Jakie to normalne było, bo państwo dawało podstawy, ale nie było zbyt opiekuńcze.

Nawet choinka w grudniu, chociaż sztuczna, niosła w sobie niezwykłość. Jej ubieranie to była cała ceremonia, szło się rano po zniszczone pudła wyłożone starymi pożółkłymi gazetami, w których była masa niezwykłych bąbek, też niepowtarzalnych, bo tak różniących się między sobą mimo tego że zeszły z tej samej linii. A potem sie powoli i mozolnie ubieralo. Zajmowało to cały dzień i stanowiło przygodę.

Czy lampki odpalą? Czy bombka się nie stłucze? Czy uda się posklejać stojak?

Co roku coś innego, a niepowtarzalność to przecież coś co każdy z nas tak potrzebuje. Nawet chleb pachniał jakoś inaczej bo był pieczony w nocy w malej osiedlowej piekarni i nie dowożono go z fabryki czy jak kto woli galerii wypieków ani nie robiono na szybko ze szmatławego gotowca.

Widać było jak wiele rzeczy w tamtym świecie było zrobionych z sercem... z ciepłem... dzięki któremu nawet najmarniejsza zabawka była większa niż dzisiejsze konsole, bo budziła uczucia i często wymagała, aby ktoś z bliskich przy niej pomajstrował żeby działała.

To zbliżało jak cholera.

Nie wiem czy dlatego tak dobrze wspominam ten świat bo byłem mały, ale podobny szok przeżyłem jak przyjechałem pierwszy raz tutaj. Mieszkałem wtedy w hotelu, dostałem pokój z frontu, reprezentacyjny, chociaż wtedy tego nie widziałem, a wszyscy byli dla mnie mili, dla mnie albo moich pieniędzy, może tylko dla nich na samym początku, ale później również dla mnie, to było widać jak rozmawialiśmy.

Urzekłem ich chyba dlatego bo chociaż ich praca bywała kiepska, to potrafiłem się uśmiechnąć, powiedzieć dobre słowo, podziękować, wymienić spostrzeżenia czy nawet kupić słodki drobiazg jak zbliżało się jakieś święto. Nie zostawiałem im również syfu czy nie robiłem przykrości, bo „mi się należy”, w końcu to ludzie którzy może lubią tę robotę albo którzy z jakichś powodów nie mogą robić nic innego.

Dostrzegłem w końcu, że istnieje świat lepszy od tego w którym tkwilem jako dorosły i to chyba był moment zwrotny, bo wtedy przeszedłem na kolejny poziom i zacząłem dążyć do tego, żeby czuć tylko te wspaniałe uczucia i mówić jasno że ktoś się zachowuje jak szmata i świnia. Znów nie musiałem wtedy myśleć o pieniądzach i mogłem się skupić na tym co najważniejsze czyli tworzeniu, a ludzie wokół nie robili mi głupich problemow. Ot taki drobiazg, że nic nie jedzie na ulicy, a jest czerwone. Nic nie ma to idz, stoisz, to glupi jestes bo czas marnujesz. Albo jak się spóźnisz do pracy, to zostań dłużej i nie będzie problemu. Albo ładnie zrób pracę, to wyjdziesz normalnie.

Taki to był ten nowy swiat i wyobraźcie sobie tam dorosłego faceta, który rozsiewał dobro, który w końcu się nauczył, że nie ze wszystkimi mu po drodze i który nie miał oporów, żeby odsłonić duszę... A do tego był dorosły, więc mógł bawić się tymi subtelnościami o których jako dziecko nie miał pojęcia...

Szkoda, że niektórzy do tego nie dorośli, żeby to docenić, szkoda że odrzucili ten cholerny zegarek ale nawet oni nie byli w stanie zatrzymać tej lawiny...

Dziwnie się ten los plecie, przyjechałem tu na chwilę, a zostałem na dłużej, bo to miejsce zaczęło ładować mnie swoją energią, i nieważne że może mój świat się skurczył, nieważne że się tutaj nie urodziłem, zawsze było mi miło tu wrócić... I chociaż inni przyjeżdżali, żeby tylko wyciągać kasiorę, żeby się nachapać, chociaż inni byli zimni jak głazy, ja wiedziałem że w końcu znajdę tu czy tam swoją Józefinę, swoją muzę, która będzie dla mnie inspiracją, a nie będzie tylko ciągnąć ostatnich soków dla zaspokojenia swojej próżności i głupich targetów.

Dzięki temu miejscu dorosłem, może również dlatego bo przebywałem wśród budynków wpisanych na listę UNESCO, bo mogłem bez problemu wracać do hotelu o trzeciej w nocy nie przejmując się bandziorami i może wreszcie dlatego bo poczułem tu te wspaniałe uczucia które miałem w sobie kiedyś dawno temu. Tak, doprawdy dziwnie się ten los plecie i przez jego jakieś zrządzenie losu mogłem oglądać pokazy na Bundesplatzu, mogłem latać różnymi samolotami i miałem do pracy całe 10 minut... I żyłem wśród ludzi którzy widzieli, że człowiek otoczony samym betonem marnieje, że wszyscy potrzebujemy tego co dobre i naturalne...

Czasem takie cuda się zdarzają i ten kto tego nie przeżył tego nie zrozumie, najciekawsze, że te wszystkie cuda związane były zawsze z kobietami.

Wróćmy do małego mnie, moja matka, która nie paliła i nie piła, która wychowała nas dwóch i która potrafiła odjąć sobie od ust po to abym wiedział i mógł więcej. Były i inne, wspaniałe istoty, wspaniałe matki Polki, które były tak spełnione, które wiedziały, że z facetami jest źle, ale bez nich jeszcze gorzej i które wolały spędzić godzinę mniej w pracy tylko po to żeby być ze swoimi kochanymi.

Oczywiście, że patrzyłem na nie inaczej bo byłem mały, i chociaż nie wiedziałem wtedy do czego zdolne są kobiety, z jakich sztuczek potrafią korzystać i co tak naprawdę się z nimi robi, to jestem pewien, że tamte panie miały poukładane w głowach i zwyczajnie nie były zimnymi rybami jak te dziwolagi które spotykałem później.

Ale jak dorastałem, to również wiele dobrego działo się właśnie przez panie, to było takie rozkoszne patrzeć jak nie wiedzą, że spełniają moje zachcianki, że chodzą jak na sznureczku i robią to co w sumie chciałem. Dzięki nim miałem pieniądze i nie dlatego bo mi za „to” płaciły, nie, byłem na tyle mądry, żeby kierować mądrze, a jak się kieruje mądrze, to i można to i owo zrobić, tak to w sumie się kręciło przez całe moje życie. Miałem kilka wielkich wpadek, ale co nas nie zabije to podobno wzmocni. Kilka numerów wyszło trochę przez przypadek, ale jak patrzę teraz, to numer z przyjazdem tutaj był najlepszy, najbardziej ironiczny, bo w sumie wysłała mnie kobieta, daleko od siebie, może na złość, może na przekor sobie, a później nie uchwyciła pewnych niuansów i mogła mocno żałować...

Albo i nie...

Tak w ogóle to czasem zadawałem sobie to pytanie gdzie jest ta ostateczna granica. Kiedy można uznać, że jesteśmy zamknięci w więzieniu a kiedy że nie? Ktoś powie że wtedy jak masz wyrok.

A co z tymi wolnymi, którzy muszą walczyć o jedzenie, mieszkanie, ciepło czy wodę? Są w więzieniu czy są wolni? A jak nie możesz powiedzieć tego co myślisz? Jak czujesz normy na karku? Jak wiesz co stracisz gdy powiesz co czujesz? To wolność czy nie? A wybory? Możesz pójść w lewo i spadniesz albo w prawo i to samo. To już więzienie czy jeszcze nie? Albo to jak sam wsiadasz do auta, samolotu czy innego badziewia, którym ktoś później kieruje nie dając ci wyboru...

Łeb mi pękał od tych pytań, ale i tak byłem w lepszej sytuacji od innych, bo miałem twardy charakter, wysokie IQ i potrafiłem sobie z tym poradzić. Zgłosiłem się tu trochę na ochotnika, na szczęście pozwolili mi pisać, bo kiedyś wydawałem jakieś drobiazgi i miałem coś do powiedzenia. Sytuacja dobra dla obu stron, bo miałem cel i nie byłem skazany na bezczynne gapienie się w ściany. Okazałem się użyteczny, czy to była wolność czy nie?

Czymże ona tak naprawdę jest?

Kiedyś jeździłem do tej samej pracy, toczyłem się tym samym samochodem po tych samych ulicach, wciskałem te same pedały i bawiłem się tym samym drążkiem. I wtedy myślałem, że jestem wolny, że mogę rzucić to w każdej chwili bez konsekwencji, że w innym miejscu tak samo będą mnie wysyłać w podróże i że będę wciąż poznawać nowych ludzi. Byłem wolny czy zniewolony?

Później życie rzucało mną tu i tam, może wtedy?

Czy wreszcie teraz jak moje potrzeby były zaspokojone aż do ostatnich moich dni? Jaka to wolność, skoro i tam umrę? Jaka to wolność, skoro pewnie skończę na tej samej Ziemi? Jaka to wolność, skoro moim celem i sensem były dzieci? Jaka to wolność, jeżeli ciągle kierują nami uczucia i natura?

Jesteśmy mali, chcemy cycka, dorastamy, bierzemy każdego cycka jaki się nawinie bawiąc się w doktora. A później większość żałuje, że ma tylko dwa cycki do zabawy i kombinuje jak koń pod górę jak ich więcej cichcem wyrwać. Kombinują faceci, kombinują kobiety, kombinuje każdy, żeby dorwać jak najlepszego partnera czy partnerkę. Cwiczymy, zarabiamy, malujemy sie, kupujemy szpilki i szmaty, żeby zaliczyc, tylko o to w sumie chodzi.

Ku....

Nawet z chlaniem, ćpaniem i ru.... nie można przesadzać, bo jak się przesadzi, to się kopnie w kalendarz...

Trząchnąłem łapą zrzucając ten cholerny słoiczek, który na szczęście się nie rozbił. Dobrze, bo oszczędzi mi to kolejnej wizyty u psycho, która z sadystyczną radością będzie znowu zadawać te same pytania i patrzeć się na mnie tak jakby chciała mnie prowadzać na krótkiej smyczy uwieszonej niekoniecznie na szyi...

Byłem wolny, bo mogłem zadawać te same pytania? Bo mogłem przywoływać te światy, których już może nie ma? Bo widziałem i czułem pokój w bloku tysiąc kilometrów stąd, który albo zamieszkiwali jacyś obcy albo który został unicestwiony i obrócony w pył?

Miałem ochotę kopnąć nogą to cholerstwo, ale jako człowiek na pewno „wolny” odwróciłem się na pięcie i wyszedłem ze swojej kanciapy po to aby dokonać kolejnego dobrowolnego wyboru czyli zeżreć posiłek numer jeden albo posiłek numer dwa z naszej jadłodajni.

Chłopaki robili co mogli, ale po kilku latach pewnie tak samo jak ja mieli dosyć, ciekawe czy na duchu podtrzymywały ich moje teksty czy nagie piersi koleżanek czy jeszcze coś innego... Kiedyś nawet robiliśmy o to zakłady, nieoficjalne oczywiście, teraz nawet to straciło na znaczeniu i uśmiechałem się do nich w dzień, ale był to uśmiech coraz bardziej sztuczny i wymuszony, wiedziałem bowiem co nas czeka... A wszystko zaczęło się tak naprawdę w CERNie...

„Kosmos. Ostateczna granica...”

Add new comment

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.
  • Lines and paragraphs break automatically.
CAPTCHA
This question is for testing whether or not you are a human visitor and to prevent automated spam submissions.
Image CAPTCHA
Enter the characters shown in the image.