Powrót w deszczu....

Kap, kap, woda wciąż tu z nieba leci,
kap, kap, czuję się jak małe dzieci,
Kap, kap, wodą z włosów sobie płaczę,
kap, kap, kałużą za sobą drogę znaczę,

i nachodzi mnie melancholia głęboka,
myśl oraz refleksja przychodzi szeroka,
co porabiamy, do czego mocno dążymy,
jakimi jesteśmy, co po sobie zostawimy,

i co oznacza tak zwane człowieństwo,
czymże jest uczucie, co to jest męstwo,
kto powinien miano dostać człowieka,
a kogo łatka łajdaka i bydlęcia czeka,

co zrobimy przy reakcji podświadomej,
co z pomocą umysłu mocy nieskończonej,
czy lepsze jest kierowane się uczuciami,
czy logiki stałej niezmiennymi meandrami,

ratować innych w jakiejś katastrofie,
myśleć o "Bóg, honor, ojczyzna" strofie,
uciekać, chować się albo kolaborować,
wydawać albo do piekła innych chować,

na jakie pozwolić ograniczenie wolności,
a przy czym siedzieć w nieświadomości,
czy protestować, jak źle się jakoś czuję,
a może zapić i udawać że się nie truję,

żyć dumnie i zgodnie z etyki zasadami,
czy tłumnie, szaro, ale z rozrywkami,
grać sprawiedliwego, który coś próbuje,
czy lizusa, który przez to dobra zyskuje,

truć innych, wspinać się za wszelką cenę,
płynąć z prądem, historii zostawić wycenę,
udawać w spokoju, że nie ma problemu,
czy jak wodospad wytykać błędy bliźniemu,

na koniec ogarnia mnie głębokie myślenie,
że zawsze gdy miałem to doświadczenie,
to wtedy zaraz coś ważnego się działo,
coś co mną do szpiku głęboko rzucało,

na przykład pięćset dwadzieścia cztery,
gdzie obiłem sobie mocno litery cztery,
że to chyba gdzieś wtedy postanowiłem,
jeden długi rozdział życia wyrzuciłem,

i teraz na jutro z ekscytacją oczekuję,
może coś wielkiego zobaczę lub poczuję...