Add new comment

Porwani v2 (2015)

Tyle razy słyszał, jak ludzie gadali o tym co się tu działo, często słyszał o ciężkiej harówie pod przymusem. Skąd to wiedzieli? Nie miał pojęcia, ale co się nasłuchał, to się nasłuchał. Nie tego się jednak teraz bał. Bolało go, że nie będzie miał wyboru z kim „to” będzie robił. I gdzie tu staromodny romantyzm?

Leżał i zachodził w głowę co tu się właściwie stało. Owszem, słyszało się na Stadionie o ginących ludziach, ale żeby ze szpitala? Szpital był wprawdzie między stacją i Wisłą, ale i tak w głowie się to nie mieściło. Jak przeszli przez tak dobrą ochronę i zamknięcie? Bo w to, że była jakaś zapora, nie wątpił. Musiała być, bo ten tunel cieknął. Ktoś zasnął gdzieś na służbie? Zostawiono otwarty korytarz techniczny? Może przeszli od góry i weszli w przebraniu przez stację? Tak, na pewno tak było, ktoś ich pewnie nie zauważył i nie ostrzegł reszty. Bądź co bądź wielu z nich niestety było młodych i nie znało się zbyt mocno na sztuce wojennej. Ba! Sporo na pewno brzydziło się każdym męskim zajęciem.

Po co lekarza tak ruszać? A co on komu zrobił? Łatał ludzi po praskiej stronie... robota tak potrzebna, gdy ludzkość próbowała przeżyć. Tego dnia przyszło niewielu pacjentów, już miał kończyć, gdy usłyszał tylko cichy świst i stracił przytomność. Wszystko stało się tak szybko, że nawet nie jęknął. Teraz leżał w malutkiej klatce. Bolała go rozbita głowa i na nodze miał niezłego siniaka. Klatka była za mała, żeby się całkiem wyprostować, więc zaczął przewalać się z boku na bok i rozglądać wokół. Było ciemno i ledwo widział, ale to wyglądało na jakiś tunel. Nie wiedział tylko, czy to dzień czy noc. No bo niby jak? I nie był sam. Zaraz obok stały klatki, w których leżeli nieprzytomni młodzi chłopcy w mundurach ze Stadionu. Tylko skąd oni dokładnie są? Może to patrol, który wypuszczono gdzieś tam po coś tam i który wpadł w zasadzkę? Albo obsada z posterunku w tunelu pod Wisłą?

I tak żyli jak szczury, a tu jeszcze takie numery? Komu to potrzebne? Czy nie było już żadnej świętości? Do czego ten świat doszedł? Warszawa. Dumna stolica dumnego kraju. Kraju, który kiedyś trząsł całą Europą. Kraju, który wykazał się w Wiedniu czy Grunwaldzie... Kraju bezwzględnie eksploatowanego przez możnych tego świata. Kolonii tak atrakcyjnej dla tak wielu po tak wielu latach pożyczania. Złośliwi mówili, że kraj ten spotykały tylko nieszczęścia po przeniesieniu stolicy z Krakowa. I były choćby rozbiory. A bliżej to był stan wojenny. Albo katastrofa „tego” samolotu, emigracje czy kompromitacje. Bo jak nazwać te piękne stadiony czy pociągi? Mimo tego on był dumny, że się tu urodził. A może istniała jakaś klątwa i dlatego wszystko było na odwrót? Że świat ginął, a Warszawa nie? Jak tak, to tym lepiej dla nich i to było błogosławieństwo, a nie klątwa.

Ludzie gadali, że dostało się jedynie Modlinowi i Okęciu. A Centrum podobno przetrwało.... I Pałac Nauki dalej złośliwie królował nad okolicą... Nie wiedział ile w tym prawdy, ale żyli, może więc ich dumne miasto nie zostało spopielone? Może ktoś uznał, że nie warto już tu strzelać? A może ten ktoś już nie żył albo coś się popsuło? Byli tacy, co chcieli zniszczyć Warszawę atomem w odwecie, a u nich dwie rzeczy zawsze były dobre - co się dało, to robili ręcznie, a i czasem pożyczali to co wspólne... Może wojnę wywołała któraś z korporacji? Często patrzyli na zysk, słupki i produkcję, a nie ludzi... Może chodziło o niewielki konflikt, ale rządy w nielicznych wolnych państwach wpadły w panikę? Może odpalił jakiś desperat walcząc w otwartej od dawna wojnie między państwami Europy i przybyszami z innych części świata? Albo strzelił trep lub dzieciak widząc tylko kropkę na ekranie? Kropkę, która była tylko wytworem jakiegoś innego dzieciaka, który dla patriotyzmu włamał się gdzie nie powinien i co nieco namieszał? A później pewnie wszystko samo się już posrało...

Siedział wtedy w domu. Pisał akurat swoją książkę, nagle modem się wyłączył i komputer przeszedł na baterie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zdarzały się dziesiąte i dwudzieste stopnie zasilania. Nic wielkiego, ale coś od razu poczuł lodowatą armię mrówek maszerujących po kręgosłupie. A może teraz mu się tylko zdaje, że wtedy tak było? Pewne jest to, że jak zaczęły wyć syreny, to był pewien, że coś jest na rzeczy i że trzeba wiać do najbliższej stacji Metra. To nie było zbyt rozbudowane, ledwo dwie linie, a trzecia zaczęta, ale zawsze lepsze to niż nic.

Chociaż teraz wydawało się to tak naiwne, dokładnie wyłączył sprzęt i korki, pozamykał okna i drzwi i wziął portfel. Biegł wtedy po schodach jak na skrzydłach, tak samo przebiegł ulicę, gdzie powoli zamierał ruch. Tu i tam już zaczynały się pyskówki kierowców i stłuczki, ale to nieważne, już teraz z tego biegu pamiętał głównie klaksony i morze ludzi. Przed stacją kłębił się tłum, wszyscy przepychali się, ale nie było wołania, że ktoś jest gnieciony. Nie, to nie była panika przerażonego tłumu, tylko raczej zamieszanie jak przy promocjach. Polacy mieli w tym wprawę, oj mieli, bo i ochłapy rzucano często. Całe szczęście, że nie ruszało go to już od dawna. Przepychał się do wejścia, później do schodów i w dół, w końcu udało się dopchać na peron, z tyłu zaś napierali kolejni i mimo starań porządkowych część w końcu zaczęła przechodzić do tuneli. Trochę to niebezpieczne było, bo przecież dalej mogły jeździć pociągi. I rzeczywiście z tunelu po drugiej stronie usłyszał jakieś krzyki i ludzie zaczęli się coś pchać, po chwili wszystko się uspokoiło…

Do dziś pamiętał tych wokół i co mówili, dziwne to, ale prawdziwe. I faceta co to trunki lubił i bełkotał coś o końcu świata, i jakąś puszystą mamuśkę i młodziana, co patrzył na tableta i modlił, żeby nie było to wysadzenie albo awaria. Jak pomyśleć, tamten myślał z głową. Awarie się zdarzały. Co się dziwić, jak wiele rzeczy pisały studentki z pierwszego roku? A nawet to, co miało certyfikaty, bywało jak dom na wydmie. O tym wiedzieli wszyscy. Typowy problem zarówno pierwszego, drugiego jak i trzeciego świata. Przepychano gnioty, żeby nie płacić kar. Topiono dobre pomysły, bo ich twórcy nie mieli pleców. Oszczędzano na kosztach. Wstawiano tylne furtki, bo walka z terroryzmem czy pedofilami. A poza tym w wielu systemach było tyle danych, że aż się prosiło, żeby miały błędy. Człowiek jest człowiekiem, z drugiej jednak strony takich alarmów nie było już kilka lat, więc stali i czekali wtedy patrząc się na siebie niepewnie, nie wpadli jednak w panikę nawet wtedy, gdy włączyły się awaryjne światła.

Drugi raz tego dnia zmroziło go, jak umilkli, gdy usłyszeli przez szczekaczkę, że to napad na Polskę. Syreny dalej wyły gdzieś na górze, a tu cisza jakby makiem zasiał, jakby nikogo nie było. Niesamowite, że przez chwilę nawet dzieci przestały płakać. Grobowa cisza i oczekiwanie, niedowierzanie i smutek, ból i trwoga...

Nie wyszedł już tego dnia na górę, nie widział scen przy zamykanych wyjściach, po pierwszym komunikacie przyszły kolejne i wielu straciło właśnie wtedy nadzieję. Usiedli lub legli na lodowatej podłodze patrząc się tępo lub kiwając się jak sieroty, inni tulili się do siebie, obce kobiety do obcych mężczyzn, dzieci do rodziców, starzy do młodych. Służby Metra zaczęły roznosić jakieś racje, a wielu z nich nic i trzeba było ich zmuszać do picia i jedzenia. To było coś, czego nie zapomina się już nigdy, coś co zostaje do końca życia.

Tego dnia Metro stało się jego domem, koszmar zaś się rozpoczął i problemów przybywało w zastraszającym tempie. Nie mieli ze sobą wiele, bo praktycznie wszystko zostało na górze, Metro w Warszawie też nie było przygotowane na żaden większy atak. Owszem, po drugiej stronie część najstarszych stacji miało jakieś grodzie, ale reszta? Budowane płytko nie zapewniały praktycznie nic. Były problemy z powietrzem czy światłem, jak zabrakło prądu. I z jedzeniem, wodą, pieluchami czy lekami, gdzieś trzeba było też robić kibelki dla tylu luda. Z czasem zrobiło się luźniej, bo ludzie zaczęli się rozchodzić, jednak to tylko pogłębiło poczucie samotności i głupie zachowania. I dopiero wtedy puściły hamulce młodym i starym. Wymuszenia, orgie, kradzieże, dręczenie słabych, niszczenie wszystkiego wokół... Lista była tak długa, że ludzie w końcu nie wytrzymali i sami z siebie zaczęli wymierzać sprawiedliwość. Nikt się nie patyczkował, były przecież ważniejsze rzeczy niż pobłażanie gnojom. Później zaczęli rządzić ci silni, na szczęście obok niego znaleźli się raczej dobrzy, którzy zaczęli kierować wszystkim z sensem.

Część zajęła się zabezpieczaniem całości z góry. Szli w większości na ochotnika. Wstawiali osłony, barykadowali wejścia, wylewali beton widząc i czując, że podupadają na zdrowiu. Bo chociaż nie było na początku chyba zbyt wielkiego promieniowania, to wkrótce pojawiły się chmury. I śmiercionośny śnieg. Kolejni próbowali ściągać z okolicznych domów i sklepów co tylko się dało. Też nie mieli wielkiej ochrony i wielu chorowało. Bolało go wiele razy, gdy musiał pomagać nie mając zbyt wiele. Wszyscy byli równi wobec tego samego podstępnego wroga, tylko, że jedni liczyli wcześniej na zysk i pomstowali, grozili, rzucali się, inni zaś chodzili na górę z obowiązku i ci starali się później milczeć i cierpieć z godnością.

Dlaczego? Dlaczego do tego doszło? Inni się zbroili, edukowali, mieli tę swoją służbę wojskową, a tu? Ani sprzętu ani wiedzy. Niektórzy zaklinali rzeczywistość, że Polska miała swój złoty wiek. Dobre sobie. Złoty to on był, ale tylko dla nielicznych. I tak biedacy chodzili na powierzchni wciąż nie mając pojęcia jak się chronić. I później w przerwach między bólem i majaczeniem mówili o tym śniegu i innych cudach, o grabieniu, gwałtach, walkach, jak również o zwierzętach z zoo, które szybko zjedzono. A on mógł tylko słuchać i zaciskać pięści w niemym proteście. Ale nie tylko wtedy… Ludzie chorowali przecież i na bardziej przyziemne rzeczy. A to nieleczone skaleczenia, w które wdawała się infekcja. A to powikłania po dawno temu kiepsko robionych zabiegach. Były i wstydliwe choroby, zapicie czy zjedzenie jakiegoś syfu, czasem rzadkie porody z komplikacjami. Miał co robić i nieraz chciał płakać, jak patrzył choćby na obecną higienę.

Każdy próbował przeżyć, co ciekawe tam gdzie był przetrwała głównie młodzież i starsze kobiety i mężczyźni. Ci co wracali z powierzchni mówili też często o tym jak widzieli ciała wielu kobiet w średnim wieku bez widocznych śladów walki... Co ich dobiło, nikt nie miał pojęcia, a lekarze nie mieli przecież teraz laboratoriów, żeby to sprawdzić.

On przeżył, bo miał wiedzę. Nie pozwolono mu się narażać i pracował na praktycznie całej trasie drugiej linii po praskiej stronie. Osiedlał się na którejś stacji, po pewnym czasie bywał kuszony jakimś drobiazgiem i wtedy przechodził do kolejnej... I kolejnej. I tak to się powoli kręciło... W sumie wielu tak się przenosiło i nikt nie widział w tym nic niezwykłego, pamiętał przecież okres „przed”, ta cała ciasnota go męczyła i jak inni musiał mieć od czasu do czasu jakąś odmianę, coby nie dostać szmergla.

Co teraz będzie? Nie miał pojęcia. Znowu jakaś wojna? Komuś odbiło? Jedyne co było pewne to to, że w Centrum władzę przejęli pracownicy biur, chrzanione białe kołnierzyki. Tylko co tak naprawdę robili z facetami? Skąd te wszystkie legendy i opowieści po ich stronie Wisły?

No nic, jakoś to będzie, nieraz już bywało z nim kiepsko, ale jak dotąd na szczęście udawało się wyjść z kłopotów. Jak na złość przypomniał sobie jeden z tak popularnych ostatnio wierszyków

„Jestem Polakiem, zawsze wstaję,
ciągle odradzam się, choć dostaję,
choć masz wodę, kobiety, władzę,
ja przekonań swoich nie zdradzę,

choćby tak dalej źle się działo,
wiem, że stąd umysł jest mój i ciało,
że nieraz byliśmy pod ścianą,
ale później w bitwie wygraną,

Polska to nie kupa kamieni,
żadna szmata tego nie zmieni...”

I tak teraz nie mógł nic więcej zrobić, pozostało mu tylko czekać, znienacka poczuł ukłucie w plecy i odpłynął...

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.
  • Lines and paragraphs break automatically.
CAPTCHA
This question is for testing whether or not you are a human visitor and to prevent automated spam submissions.
Image CAPTCHA
Enter the characters shown in the image.